Namyślała się przez dwa dni, aż wreszcie zgodziła się. Żegnając się wieczorem, ustalili, że Drucki jutro o dziesiątej wieczór przyjedzie po nią. Starzy wszystkiemu wierzą i o jej „narzeczonym” wyrażają się z zachwytem.

Zaraz po powrocie do domu Drucki telefonicznie zawiadomił profesora, że jutro o dziesiątej trzydzieści dostarczy „królika”. Brunicki wyraził swoją radość, lecz poprosił o opóźnienie transportu jeszcze o pół godziny, gdyż chce osobiście pojechać na dworzec po Piotra, który przyjeżdża z Zakopanego właśnie o dziesiątej z minutami, a profesor wołałby być już w domu w chwili przybycia pacjentki.

Nazajutrz Drucki o umówionej godzinie zajechał przed furtkę ogródka na Grochowie. Nie postawił jednak Foulda przed samą furtką, jak robił zawsze, gdyż zwieszały się tu nad drogą gałęzie drzew, mokrych od wieczornego deszczu. Tylko dlatego odprowadził wóz o kilkadziesiąt kroków dalej i zatrzymał pod parkanem, nie przeczuwając, jak bardzo to zaważy na przebiegu wypadków.

Dziewczyna powitała go z radością, jednakże staruszce, która uparła się przygotować jej coś z prowiantów na drogę, dla ukrycia swej gotowości powiedziała, że jeszcze namyśla się, czy ma jechać, czy zostać.

— Pi, proszę pani, on powiada, że mnie kocha i że beze mnie żyć nie może. Ale ja tam wcale na niego nie lecę i nie pojechałabym, gdyby nie to, że się go boję.

Oboje staruszkowie zburczeli ją za to, a Drucki zaśmiewał się, siedząc na ganku i słysząc całą rozmowę. Gdy Cieplikówna wyszła do niego i zapytała, wyjrzawszy za furtkę, gdzie jest auto, podprowadził ją do tylnego parkanu.

— Czy tu aby zmieści się mój koszyk? — zażartowała. — Kto wie, poczciwa gospodyni tyle mi szykuje... No, może tymczasem posiedzimy na ławeczce? Już pewno obeschła...

— Cicho — chwycił ją za rękę Drucki i stanął jak wryty.

Byłby przysiągł, że słyszał skrzypnięcie furtki i przyczajone kroki. Lecz znowu zaległa zupełna cisza.

— Zdawało mi się — powiedział — tak ciemno... To tu ta ławeczka?