— Tu, pod jaśminem... Jezu!!!
W tejże chwili huknął strzał, drugi, trzeci... Z krzaków skoczył jakiś cień, obok przemknął drugi... Drucki błyskawicznym ruchem dobył rewolwer i strzelił czterokrotnie za uciekającym. Chciał biec za nim, lecz potknął się i omal nie upadł. Po ciemku namacał ramię leżącej na ziemi dziewczyny. Pod palcami poczuł krew. Kule z krzaków musiały ją trafić. Jest ranna...
Pochylił się nad nią, by ją podnieść, gdy nagle otrzymał potężny cios w ramię i upuścił rewolwer. Jednocześnie uczuł na karku czyjeś żylaste ręce i tuż przy uchu usłyszał stłumione gwizdnięcie. Od strony krzaków odpowiedziało takież.
Drucki zrozumiał, że jedynym wyjściem, jest ucieczka, i to wprost do tylnego parkanu. Jednym podrzutem uwolnił się z chwytu i wymierzywszy przeciwnikowi szybki cios w szczękę, skoczył przez klomb, w kilku susach dopadł parkanu, przeskoczył i w pięć sekund był już w aucie. Nacisnął starter i ruszył właśnie w chwili, gdy reszta bandy, czatująca na drodze przy furtce, zorientowała się i okrążała biegiem ogród, by go dopędzić. Nie zapalając reflektorów, skręcił w boczną drogę i dał pełny gaz.
Musieli dobrze obstawić się tym razem. „Było ich pięciu, lub nawet sześciu — obliczał — i gdyby nie ta ciemność, już by mnie mieli. A dziewczyna, albo jest ranna i zemdlała ze strachu, albo... Psiakrew...” Nagle zatrzymał wóz: „A jeżeli to była policja?... Nonsens... Oczywiście, ludzie Fajersonów. Jeżeli jednak zdołali zbiec, a na pewno tu nikt ich nie mógł zatrzymać, jeżeli dziewczyna nie żyje...”
Z całą wyrazistością zrozumiał niebezpieczeństwo, jakie może nań teraz spaść. Oczywiście, jeżeli Cieplikówna nie żyje. A nawet w innym wypadku. Przecie przed policją będzie musiał wyjaśnić, dokąd to zamierzał zabrać tę dziewczynę... Kiepska sprawa.
Nie pojechał do domu, lecz wprost na Nowolipie. Przede wszystkim należało naradzić się z Załkindem. Na szczęście był w domu. Drucki poprosił, by go zostawiono samego przy telefonie i zadzwonił do Brunickiego.
— Karolu, nie czekaj na mnie — powiedział — wyszła bardzo paskudna historia. Na razie będę musiał ukrywać się przez kilka dni, póki nie wyjaśni się, czy wpadną na mój ślad, czy nie. Nie pytaj teraz o nic i o ile można, miej się na baczności.
— To fatalne — odezwał się Brunicki. — Ja muszę jutro wyjechać do Paryża, bo pojutrze mam ten odczyt w Sorbonie... Hm... Wszystko trzeba zostawić tu na odpowiedzialność doktora Kunoki. W każdym razie nie przypuszczam, by policja mogła zainteresować się moim domem?
— Na razie stanowczo nie, ale później diabli wiedzą. Zresztą Kunoki nie będzie przecie sam, jest twój syn, a jeżeli mnie nie przyłapią, to też w razie czego będę o nim pamiętał.