I właśnie nocami Julka wsłuchiwała się w szmery, właśnie nocami wpatrywała się w szyby wysoko pod sufitem umieszczonego okna, oczekując, że lada chwila na jego tle ukaże się w mroku sylwetka pana Janka, który, jak w detektywnej powieści, odnalazł ją i przychodzi wykraść... Ba, czemużby tego nie mógł zrobić?... Dla niego nie ma niemożliwości!...

Tego rana profesor wyjechał do Paryża. Julka dowiedziała się o tym dopiero o jedenastej, kiedy Japończyk zjawił się na korytarzu i otworzył drzwi jej pokoju ze słowami:

— No, teraz pani będzie musiała zastąpić profesora! Mamy dziś małą operację. Niech pani przygotuje krzesło operacyjne w piątym pokoju. Ja szybko odwiedzę pacjentki na górze i zaraz tam przyjdę.

Doktor zdawał się dziś jakiś weselszy i swobodniejszy niż zwykle. Nastrój ten udzielił się i Julce. Pobiegła do piątego pokoju i już po kwadransie była gotowa. Pokój ten znajdował się w samym końcu korytarza, obok grubych okutych drzwi, prowadzących do nieznanej Julce części domu. Drzwi te nie miały wcale klamek, a profesor i doktor otwierali i zamykali je zawsze kluczami.

Jakież było zdziwienie Julki, gdy teraz zobaczyła, że były uchylone. Doktor zostawił je tak przez roztargnienie. Pokusa była zbyt wielka i Julka zajrzała: mały, wyłożony wojłokiem362 korytarzyk, kończący się drugimi drzwiami, a jeżeli i te są otwarte... Serce uderzyło mocniej. Na palcach podeszła do nich i położyła rękę na klamce. Z drugiej strony usłyszała czyjeś kroki i już chciała się cofnąć, gdy dobiegł ją głos, głos, który zelektryzował ją całą. Przywarła do drzwi... Boże!... Nie mogła się mylić... Z tamtej strony tych gładkich kilku desek był pan Janek. O, jego głos poznałaby na końcu świata! I głos, i tę ulubioną jego piosenkę amerykańską, której niepodobna zapomnieć, a którą teraz poznawała w każdej sylabie...

It’s a long way to Tipperary,

It’s a long way to go...363

Zaczęła z całych sił uderzać pięściami w drzwi i wołać:

— Panie Janku, ja tu jestem, ratunku, ratunku!!!

Śpiew momentalnie ucichł, a Julka wciąż wołała: