— Ratunku! Ratunku! Ratunku!
Nagle odskoczyła. W drzwi coś gruchnęło z wielką siłą, aż zatrzeszczały. Raz, drugi, trzeci...
— Ratunku!... Prędzej! Panie Janku, prędzej!
Teraz usłyszała gwałtowny tupot nóg i drzwi pod potężnym ciosem rozwarły się z takim hałasem, aż echo poszło po całym domu.
Julka cofnęła się i znieruchomiała: przed nią stał młody człowiek w białym tenisowym ubraniu, jak dwie krople wody podobny do pana Janka, lecz taki młody, że sama nie wiedziała, czy ma do czynienia z nim samym, czy z kimś ucharakteryzowanym?... Jednocześnie usłyszała, jak mówił do niej głosem pana Janka:
— Co się stało? Pożar?... Co pani jest?...
I minę miał taką samą, jak tamten, ilekroć był zaniepokojony. Julka chciała coś powiedzieć, lecz w tej chwili za jej plecami rozległy się przyśpieszone kroki. „To pewno doktor — przebiegła jej przez głowę myśl — zamkną mnie znowu!”. Rzuciła się naprzód i chwytając swego zbawcę za rękę, zawołała w panicznym strachu:
— Niech mnie pan ratuje, niech mnie pan broni!... Oni mnie zabiją!... Błagam pana!
Młody człowiek jednym ruchem zagarnął ją za siebie i zwinąwszy pięści, stanął w pozycji obronnej, mówiąc:
— Spokoju. Proszę się nie bać. Już ja sobie dam radę, tylko niech pani nie trzyma mnie za łokieć, bo to mi...