— A czymże panna Julka chce być? — zagadnął Czuchnowski.

— Po pierwsze nie czymże, a kimże, chcę żeby pan wyrażał się dokładnie, a po drugie nie myślałam jeszcze o tym. Mam czas.

Była trochę skwaszona i gdy tylko Alicja skończyła obiad, oświadczyła im, że musi zasiąść do robienia lekcji.

Zostali sami. Doktor chciał już zacząć mówić, lecz Alicja go zatrzymała.

— Zaraz. Przejdźmy do mego pokoju. Julka mogłaby słyszeć.

Bardzo lubił ten pokój, w którym tak rzadko miał sposobność bywać, pokój tak niespodziewany w tym wprawdzie ładnym i wygodnym, lecz jakimś nieco sztywnym mieszkaniu. Tam wszędzie panowały barwy jasne i wszystko zdawało się lśnić, tutaj ciemnoczerwone tapety i miękkie o płynnych liniach meble, wspaniale szeroki tapczan i gruby dywan, pokrywający podłogę, a nawet dość silny zapach perfum. (Alicja sama przecie nigdy się nie perfumowała!).

Nieraz zastanawiał się nad tym. Nie umiał sobie sprecyzować wrażeń, ale wydawało mu się, że powierzchowność i sposób bycia Alicji są jak tamte pokoje, a jej wewnętrzne życie może całkiem inne, może takie jak ten.

Lubił ten pokój, ale swobodniej czuł się u Julki czy w jadalnym, a nawet w przedpokoju.

— Byłem u profesora Brunickiego w klinice uniwersyteckiej.

— Przyjął cię prędko?