— Na Grochowie popełniono morderstwo. Wystrzałem z rewolweru zabito bezrobotną manicurzystkę, bardzo ładną dziewczynę, która miała zostać matką. Sprawca zbiegł samochodem prywatnym, zdaje się, marki Fould... Zdaje się też...

— Zaraz, zaraz, panie komisarzu — ledwie opanowując drżenie głosu, przerwała Alicja — jakiej marki?

— Fould, proszę pani. Czy mam po panią zajechać?

Oczywiście postanowiła jechać na Grochów natychmiast. Po drodze dowiedziała się szczegółów wstępnych oględzin, dokonanych przez przejeżdżający patrol rowerowy. Właściciele domku, w którym zabita mieszkała, zeznali, że zabójca obiecywał małżeństwo, a wieczorem przyjechał po narzeczoną i siedział w ogrodzie na ławce. Później usłyszeli dużo strzałów, a gdy wybiegli do ogródka, znaleźli Cieplikównę martwą opodal ławki na ziemi. Zabójca od dawna musiał mieć z ofiarą romans, gdyż często u niej bywał i zawsze przyjeżdżał szarym, dwuosobowym samochodem, z opisu wyglądającym niewątpliwie na Foulda. Komisarz po otrzymaniu meldunku natychmiast wydał telefoniczne zarządzenie zatrzymania każdego samochodu o podobnym wyglądzie w promieniu dwustu kilometrów od Warszawy.

Alicja słuchała sprawozdania z natężoną uwagą. Teraz już prawie wcale nie miała wątpliwości co do osoby zabójcy. W mieście, jak to wiedziała od samego Druckiego, było tylko kilkanaście Fouldów, a jedyny szary stanowił jego własność. Resztę niepewności rozwiały badania emeryta kolejowego, staruszki i kilku najbliższych sąsiadów, którzy niejednokrotnie widywali narzeczonego Ireny Cieplikówny. Wprawdzie wyglądał na „pana z panów, wysoki, aligancki, grzeczny, ale już od początku źle mu z oczu patrzyło”. Pominąwszy te opinie, rysopis zgadzał się dokładnie. Również opowiadanie o sposobie bycia właściciela Foulda i o jego stosunku do Cieplikówny dla Alicji miały walor dowodu rzeczowego.

Jednego tylko pojąć nie mogła, mianowicie celu zbrodni. Przypuściwszy nawet, że Drucki był ojcem jej dziecka i że obiecywał ożenić się z nią (co już było nieprawdopodobne), dlaczego miałby ją zabić... Nie, zbyt dobrze go znała, by mogła dopuścić tu moment uniesienia, zemsty czy zazdrości, a tym bardziej obawy przed następstwami stosunku z nim. Chęć zysku wykluczała się sama przez się. Więc w jakim celu?... Nieostrożne obchodzenie się z bronią? Samobójstwo denatki? I to niemożliwe, gdyż nie miałby wtedy powodu do ucieczki, gdyż strzał był oddany z odległości co najmniej pięciu kroków (zatem samobójstwo wyłączone!), gdyż na miejscu zbrodni znaleziono rewolwer z czterema wystrzelonymi ładunkami i cztery gilzy366 tuż obok (można zaś raz wystrzelić przez przypadek, a nigdy cztery!).

Zatem co było pobudką morderstwa?... Dla ludzi, którzy teraz chodzili tu z latarkami elektrycznymi, świecąc w otwarte oczy trupa i rekonstruując przebieg zbrodni rzecz była całkiem jasna. Uwodziciel chciał zabrać swoją ofiarę, wywieźć gdzieś na odludzie i tam zabić. Stawiała mu opór, więc zabił. Prawdopodobnie musiał ją usunąć, gdyż znała jakąś jego tajemnicę i groziła skandalem. Nieco dziwną okolicznością była wielka ilość śladów, lecz to tłumaczyło się nadeptaniem rozmiękłego po deszczu gruntu przez ciekawych sąsiadów, co zaś dotyczyło zeznań staruszków, że słyszeli na pewno więcej niż cztery strzały, bo najpierw z pięć, a potem znowu sześć czy więcej — należało położyć to na karb zwykłej w takich razach omyłki naocznych świadków. Strzałów było cztery, to jest tyle, ile brakuje w porzuconej przez zabójcę broni.

Tak logicznie rozumował sędzia śledczy, komisarz, lekarz, policjanci i stłoczeni pod parkanem gapie. Lecz inaczej myślała Alicja Horn. Bynajmniej nie wypowiadała swego poglądu. Nigdy, a szczególnie teraz nie uważała za stosowne dzielenie się swymi koncepcjami z innymi przed odpowiednim czasem. Jednak dłużej wypytywała gospodarzy o przebieg wypadków, dłużej przeglądała resztki spalonych przez denatkę papierów w małym blaszanym piecyku na facjatce, staranniej przyglądała się śladom nóg na ścieżce niż inni. Robiła zaś to dlatego, że wiedziała, iż właściciel auta nie mógł popełnić tej zbrodni, gdyż był nim Bohdan Drucki, którego znała do dna.

Ponieważ zaś takimi oczyma przyglądała się sprawie, inne rzeczy spostrzegała niż tamci. Więc: po co Drucki porzuciłby rewolwer, po co widywał się z dziewczyną od pewnego czasu tu, na oczach ludzi, po co denatka pisała listy do jakiegoś „Najukochańszego” na Pomorze, listy, które jej poczta zwracała, jako nieprzyjęte przez adresata, dlaczego, mając takiego kochanka jak Bohdan, błagała o miłość kogoś innego?... Dlaczego on ją zabił?... Dlaczego słyszano więcej niż cztery strzały, dlaczego w ogóle strzelał, mógł ją zabić bez hałasu, a jeżeli strzelał, to czemu z dużej odległości?...

Niewątpliwie wiele dobitnych poszlak wskazywało na niego, jako na sprawcę zbrodni, lecz Alicja Horn była pewna, że on nim nie jest. Tymczasem naczelnik urzędu śledczego już działał.