Otóż, czy pan minister nie uważa, że należy temu zapobiec drogą wykluczenia możności wmieszania osoby profesora do jakiegokolwiek jawnego procesu?

Pan minister nie tylko to właśnie uważał, lecz nawet serdecznie podziękował podprokuratorowi Alicji Horn za tak mądrą przezorność i za tak państwowotwórcze ustosunkowanie się do zagadnienia. Jednocześnie wydał jej odręczne pismo usuwające ewentualność kompromitacji uczonego. Natomiast prosił ją, by drogą poufną zaraz po powrocie profesora do kraju zażądała odeń natychmiastowej likwidacji tajnej kliniki.

Wprost z ministerstwa Alicja udała się do urzędu śledczego, by w razie wykrycia nici łączących oskarżonego z Brunickim natychmiast przeciąć je na podstawie decyzji ministra.

Okazało się to jednak całkowicie zbędne. Alicji pokazano protokoły ostatnich zeznań Jana Winklera. Nie różniły się one od poprzednich. Ten szaleniec wprost nie miał pojęcia, że sam zaciąga na własnej szyi stryczek, nawet nie próbując ratować się przez wskazanie istotnych winowajców, nawet przez wyjaśnienie swojej roli w znajomości z „żywym towarem” dla Brunickiego.

Alicja przelotnie zapytała, czy nie badano terenu zabójstwa po raz drugi, a otrzymawszy zapewnienie, że byłoby bezcelowe, pojechała do sądu. Przeglądając dzienniki, znalazła sążniste artykuły o nowych sukcesach wielkiego uczonego polskiego w Londyńskiej Akademii Królewskiej369 i nie mniej sążniste sprawozdanie z przebiegu śledztwa w sprawie mordu na Grochowie. Wszystkie dzienniki przynosiły wiadomość o tym, że zabójca sądzony będzie w trybie doraźnym i że oskarżać go będzie, jak podało jedno z pism sensacyjnych, „»anioł śmierci« naszych sądów, podprokurator Alicja Horn”...

Postępowanie miało bieg szybki i prawidłowy. Przed wieczorem sprawa Jana Winklera została przekazana urzędowi prokuratorskiemu i w myśl decyzji tegoż aresztowany został przewieziony do więzienia na Pawiaku370 i osadzony w osobnej celi, przy czym władze więzienne otrzymały zawiadomienie, że o godzinie dziewiątej rano p. o. prokuratora pani Alicja Horn przybędzie celem osobistego przesłuchania oskarżonego.

I drugą bezsenną noc spędziła Alicja na rozmyślaniach. Żadnej swej mowy nie przygotowywała nigdy z taką drobiazgowością, z jaką teraz obmyślała jutrzejszą rozmowę z Bohdanem Druckim, z człowiekiem, którego życiem mogła rozporządzić tak, jak tylko zapragnie.

Chodziła po pokoju i zaklinała go najczulszymi słowami, groziła mu najstraszniejszemu groźbami, błagała go, by on, co tak kocha życie, skoro ma je stracić, niech je jej ofiaruje! Ona zgodzi się na wszystko, będzie najposłuszniejszą z żon, będzie jego niewolnicą, nie stanie mu nigdy na drodze do jego fantazji czy przelotnych miłostek, byle zgodził się zostać z nią na zawsze... Uratuje jego życie, lecz chce mieć do tego życia bodaj małe, bodaj tylko formalne prawo...

Czyż może on tę ofiarę odrzucić, czyż zdobędzie się na odepchnięcie jej, gdy mogąc przyjść ze słowami rozkazodawcy na ustach, stanie przed nim z błaganiem o łaskę?... Nie, nie może jej odtrącić, nie potrafi!

Tak myślała Alicja Horn. Tak myślała do chwili, kiedy otworzono drzwi gabinetu naczelnika więzienia i na progu stanął oskarżony, eskortowany przez dozorcę. Ten ostatni na skinienie ręki odpowiedział ukłonem i znikł.