Drucki łagodnie położył dłoń na jej ręku: spokoju, przede wszystkim spokoju i więcej panowania nad nerwami. A poza tym niech zrozumie, że przyjęcie pomocy od niej już samo przez się stwarzałoby dlań zobowiązanie moralne, narzucałoby mu dług, jakiego nie mógłby spłacić bez pogardy dla samego siebie, byłoby dlań niewolą gorszą od każdej innej. Przecie ona musi zrozumieć, że on nie może przyjąć od niej czegoś, co już z samych warunków, w jakich się obecnie znalazł, byłoby dlań najnieznośniejszym ciężarem. Między nimi wszystko zostało skończone, wzajemne rachunki pokwitowane i trzeba umieć trzeźwo na to spojrzeć.

Stopniowo odzyskiwała równowagę. Chwilę milczała z opuszczoną głową, a gdy ją podniosła, powiedziała cicho, lecz dobitnie:

— Masz rację, Boh, do widzenia... Rozumiem, że nie chcesz przyjąć mojej ofiary, lecz wiedz, że ja na inną zdobyć się nie potrafię. Żegnaj, Boh.

Nacisnęła guzik dzwonka i suchymi jak szkło oczyma patrzyła na okute drzwi zamykające się za nim.

Rozdział 29

Gdy go wprowadzono, salę, przepełnioną po brzegi, zaległa cisza. W porównaniu z pokojem, w którym dotychczas przebywał, było tu tak jasno, że przez dłuższą chwilę nie mógł odróżnić rysów osób zajmujących nawet najbliższe rzędy ławek.

Widział tylko stłoczone głowy i setki par oczu skierowane ku sobie. Nie odróżniając jeszcze ich wyrazu, czuł, że patrzą nań z życzliwym i jakimś wystraszonym współczuciem, z jakim ludzie czułostkowi przyglądają się komuś, kto umiera, a komu pomóc nie mogą. Była w ich wzroku jakby wstydliwość i w tej ciszy jakby wstrzymanie oddechu przed momentem katastrofy, która oto nadchodzi.

Nie wiedział dlaczego, lecz przypomniała mu się Zośka. Już wówczas, gdy wysiadł z okratowanej karetki więziennej371, odczuł wprost dziwaczną potrzebę zobaczenia tej małej dziewczyny. I teraz na próżno szukał jej na sali. Zaczął poznawać znajomych. Panna Łęska, pani Chełmińska, barman Grabowski. Tonia w czerwonym berecie. Luba, siedząca z głową podniesioną tak, jakby sama szła na szafot372, obok Borys, którego twarz zastygła w drapieżną nieruchomą maskę, kasjer Justek z bolesnym uśmiechem na grubych, żałosnych ustach, pułkownik Jaszczołt, ustawicznie przecierający monokl373, który jak zawsze nie chciał trzymać się w drgających fałdach zwiędłej twarzy, Tecia, ubrana tak czarno, jak na żałobę, o i Frania, starsza siostra Zośki... I tyle ładnych miłych kobiet, i tylu kompanów od wesołych zabaw, tyle znajomych twarzy i tyle wspomnień... Przyszli tu jak na pogrzeb...

Druckiego ogarnęła nagłe nieprzeparta ochota wygłoszenia do nich żartobliwej mowy, jeszcze bardziej żartobliwej niż te, za które w „Argentynie” tak huczne zbierał oklaski. Kłaniał się z uśmiechem i już otwierał usta, gdy zwrócił się doń jego obrońca, zażywny łysy pan w grubych, wypukłych szkłach, który dotychczas w milczeniu studiował akta.

Chodziło mu jeszcze o jakąś drobną informację i o danie klientowi kilku wskazówek co do metod obrony. Mówił zwięźle, krótko, rzeczowo i Drucki był przekonany, że wybierając sobie na obrońcę mecenasa Szarniewicza, postąpił słusznie. Zresztą Szarniewicz cieszył się sławą najznakomitszego adwokata w sprawach karnych i zaliczał się nie tylko do wybitnych znawców prawa, lecz i do najbardziej utalentowanych mówców.