Rozumiał irytację adwokata. Gdyby chodziło o kogoś innego, sam prawdopodobnie starałby się namówić go do rezygnacji z osłaniania sobą osób trzecich, bodaj najlepszych przyjaciół, takich jak Brunicki czy Załkind. Sam jednak ani myślał o zawróceniu z raz obranej drogi.
Gdy ponownie został wprowadzony na salę, od razu spostrzegł mecenasa Łęczyckiego, który tłumaczył coś adwokatowi Szarniewiczowi, a udając, że nie widzi Druckiego, szybko wyszedł bocznymi drzwiami.
— Pan podobno zna osobiście panią Horn? — zwrócił się Szarniewicz półgłosem do Druckiego.
— Ja? — Drucki wzruszył ramionami — możliwe, znam dużo ludzi, ale nie wszystkich sobie przypominam.
— Niech pan nie żartuje! Dowiedziałem się, że pan podobno bardzo dobrze zna prokuratorkę Horn...
— Łęczycki mecenasowi naplotkował...
— Mniejsza o to kto, tu chodzi o coś bardzo ważnego, panie Winkler, jeżeli pana łączyła z nią bliższa znajomość, możemy zażądać zmiany oskarżenia! A ta równa się odroczeniu sprawy! Rozumie pan?... To może stanowić o przeniesieniu sprawy do sądu zwykłego!
— Tak pan sądzi, mecenasie?... Cóż z tego, kiedy mnie wcale nie łączyła z panią Horn żadna znajomość.
— Panie! — zacisnął zęby adwokat.
— Sąd wchodzi — zabrzmiał uroczysty głos woźnego.