Ostatnie słowa rozbrzmiały niemal zaklęciem. Wśród martwej ciszy adwokat z wolna opuścił wyniesione ręce i usiadł.
Nagle w kącie sali czyjeś ręce uderzyły brawo, za ich przykładem poszły drugie, trzecie, czwarte i oto po chwili cała publiczność zerwała się z miejsc, a wielka sala sądu okręgowego rozbrzmiała szalonymi, entuzjastycznymi oklaskami...
Dobra minuta upłynęła, zanim gwałtowne dzwonienie przewodniczącego zdołało opanować hałas, umożliwiając surowe skarcenie wybryku i zapowiedź opróżnienia sali, jeżeliby coś podobnego miało się powtórzyć.
Replika prokuratora Alicji Horn na mowę adwokata była czymś, czego jeszcze w sali tej nie słyszano. Wprost trudno było sobie wyobrazić, by ludzkie słowa mogły się powiązać w tak potężne akordy oskarżenia, w tak olśniewające kontrasty przeciwstawień, w tak miażdżące lawiny wymowy.
Teraz dopiero stało się jasne, że wytrawna oskarżycielka umyślnie w pierwszym przemówieniu pominęła najcięższe argumenty, że z premedytacją zostawiła obrońcy nietknięte pole zagadnień psychiki oskarżonego, by dopiero w replice zabiec drogę rozumowaniu adwokata i wydać mu walną bitwę.
Z mistrzostwem niebywałym, nie posługując się niczym innym, jak właśnie argumentami obrońcy, budowała zdanie po zdaniu swe nieodparte oskarżenie.
Drucki słuchał z zaciętymi wargami i ze stężałą twarzą. Słuchał, jak jego umiłowanie wolności w jej ustach stawało się największą zbrodnią, nieobliczalnym anarchizmem, jak jego miłość życia wyradzała się w potworny egoizm, nieznający żadnych hamulców, jak zmienił się w zwierzę, żerujące na ustroju społecznym, zwierzę drapieżne, dla którego jedynym prawem jest prawo silniejszego. Pojął, że dla tych sędziów, dla tych wszystkich ludzi zmienia się w uosobienie najszkodliwszego chwastu, który należy wykarczować, w pasożyta, którego sama egzystencja musi być niebezpieczeństwem...
Atmosfera zgrozy napełniła salę. Tam, gdzie słowa były bezsilne, samo brzmienie metalicznego głosu, sama sugestia piękności Alicji i i żywiołowy płomień, bijący z niej, musiały dokonać swego.
Gdy wśród grobowego milczenia przewodniczący udzielił Druckiemu głosu, podniósł się ciężko i stał przez chwilę bez słowa. Z całą jaskrawością zdawał sobie sprawę z tego, że swój ratunek we własnym trzyma ręku, że oto może, ba, że ma prawo, nie tylko prawo tych ludzi, lecz własne prawo ratowania się i uratowania się. Oto otworzy usta i powie:
— Panowie, mądrzy sędziowie! Naiwni ludzie! Nie popełniłem tego haniebnego morderstwa. Milczałem dotychczas, chcąc osłonić mego przyjaciela Borysa Załkinda, dlatego, że lubię go bardzo i lubię jego śliczną żonę, że mają swego syna i swój dom, i swoje szczęście, które kochają. Sprawcami zabójstwa byli bandyci, nasłani na mnie przez wspólników Załkinda, z którymi razem Załkind wyprawił na tamten świat i ograbił pewnego starego Żyda z Białowieży. Tak, mądrzy sędziowie, nie domyślacie się też na pewno, że ta zwycięska obecnie piękna pani, na widok której wzdychacie i oblizujecie się, że ta podprokuratorka Alicja Horn, nie dalej jak dwa dni temu przysięgała, że mnie uwolni, jeżeli tylko przebaczę jej to, że ma duszę zimną i brudną. Tak, szanowni i czcigodni państwo, ona była moja kochanką, ona oskarża tu Jana Winklera, chociaż wie, że nazywam się naprawdę Bohdan Drucki, poszukiwany od lat przez listy gończe, sprawca gwałtu na Alicji Żerańskiej, obecnej Alicji Horn, Bohdan Drucki, ona mnie kocha i chce, byście mnie zabili, bo woli widzieć mego trupa niż inne kobiety w moich ramionach!... Stąd płomienistość jej oskarżeń, mądrzy panowie sędziowie...