Motor zachrapał, otworzono bramę i auto ruszyło. Zaraz na ulicy wyprzedził je motocykl. Po drobnym deszczu, który siąpił przez całą noc, jezdnie wąskich, starych ulic pokryte były lśniącą wilgocią.
Miasto spało jeszcze i tylko z rzadka tu i ówdzie widać było przechodnia lub stojącą na rogu dorożkę.
— Daj pan gazu — powiedział komisarz — mamy wolną drogę, co będziemy się wlekli jak z pogrzebem.
— A bo to nie pogrzeb? — mruknął szofer, lecz dodał gazu i auto z rozpędem wjechało za motocyklem w długą, wąską uliczkę.
Lecz tu właśnie, jak na złość, samym środkiem wlókł się wielki wóz, naładowany drzewem.
Policjant jadący na przedzie stanął i kazał niemrawemu woźnicy zjechać na chodnik, lecz ten stale nieumiejętnie manewrował swoją szkapą, że na czas nie zdążył i auto trzeba było zatrzymać.
— Zjeżdżaj, do cholery! — wrzasnął komisarz.
— Już zjeżdżam, już — flegmatycznie zapewniał brodaty chłop w nasuniętej na oczy czapce, lecz na próżno pociągał lejce. Chabeta kręciła się to w prawo, to w lewo i w rezultacie fura z drzewem do reszty zabarykadowała jezdnię.
— Ach, ty niezdaro! — zaklął policjant i oparłszy motocykl o latarnię, chwycił konia za cugle.
Nagle gdzieś w pobliżu rozległ się cichy gwizdek.