— Ukrywać? Ano dlatego, że samobójczynią jest znaczna figura, nie byle kto... prokurator Alicja Horn.

Czuchnowski zerwał się zbladł śmiertelnie, otworzył usta, zachwiał się i opadł na fotel.

— Tylko mi tu nie mdlej — ryknął Łoziński — ty mazgaju! Mówię ci, że nic jej nie będzie. Chodź, zaprowadzę cię do niej, no!

W małym, białym pokoju, bez kropli krwi w twarzy, z zamkniętymi powiekami leżała Alicja.

Czuchnowski rzucił się przed łóżkiem na kolana i cichy szloch zaczął wstrząsać jego zgiętymi plecami. Usta przywarły do nieruchomej białej ręki na kołdrze, a łzy bólu, łzy współczucia, łzy nadziei i szczęścia spadały z jego oczu tak gęsto, że nikt by nie potrafił odróżnić, która z nich jakim wyciśnięta została uczuciem.

Doktor Łoziński stał chwilę w milczeniu, wreszcie machnął ręką i wyszedł, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

Rozdział 31

Punktualnie o godzinie czwartej dozorca dolnego korytarza w więzieniu na Pawiaku zastukał do celi skazańca. Otworzył drzwi, wszedł i stanął jak wryty: znajdujący się w celi mężczyzna spał głębokim snem i na odgłosy z zewnątrz nie zwrócił żadnej uwagi, jakby nie wiedział, że od dziś na sen będzie miał dwadzieścia cztery godziny na dobę, aż do końca świata.

W podwórzu czekał już okratowany samochód. Wewnątrz oprócz skazańca zajęli miejsca trzej rośli dozorcy, na koźle394 przy szoferze usiadł komisarz policji. Nadto auto było eskortowane przez policjanta na motocyklu.

— Może pan telefonować do Cytadeli, że wyjeżdżamy! — krzyknął komisarz wyglądającemu przez okno kancelarii naczelnikowi więzienia i dał znak szoferowi.