Po chwili zaspany Czuchnowski podszedł do aparatu.
— O co ci chodzi, Romek?
— Przyjeżdżaj, Władek, zaraz do szpitala, ale szybko.
— Dziś mój wolny dzień — zaprotestował Czuchnowski.
— Ta mam gdzieś twój wolny dzień! Rozumiesz? Przyjeżdżaj zaraz, i to weź taksówkę, bo nie będę na ciebie czekać, a sam później pożałujesz.
Gdy Czuchnowski przyjechał, Łoziński wepchnął go paroma szturchańcami do gabinetu.
— Uważasz, Władek — powiedział — nie twój dyżur, ale mamy tu taką pacjentkę, przy której pewno sam zechcesz dyżurować.
— Niby dlaczego? — ziewnął Czuchnowski.
— Otóż przywiozło pogotowie. Zamach samobójczy, ale zapisane jako wypadek z bronią. Tak zarządziła policja. Paskudna rana. Lewe płuco poharatane i łopatka też. Posprzątałem tam to wszystko, no i może wyliże się, tylko z pół roku w łóżku to mur.
— No dobrze — wzruszył ramionami Czuchnowski — nie rozumiem jednak, dlaczego mnie to mówisz i dlaczego mamy ukrywać, że był zamach samobójczy?