Nie upłynęła minuta, gdy wpadł stamtąd w rozpiętym kitlu dyżurny.
— Ta, co jest! — zawołał, podbiegając do noszy. — Ta, chyba kolega zrobił omyłkę w spisywaniu! Alicja Horn? Prokuratorka Alicja Horn?
— Tak. Postrzał w okolicę serca, stan bardzo ciężki.
Łoziński odkrył twarz rannej i potrząsnął głową.
— Ta joj, świat się kończy! Wiecie kolego, że ja ją znam? Tego roku na Helu omal nie utonęła... No, ale do roboty!
Ponieważ doktor Łoziński nie należał do tych ślamazarnych lekarzy, którym zawsze zbywa na szybkości decyzji, w kwadrans później ranna była prześwietlona rentgenem i leżała na stole operacyjnym. Kula ugrzęzła pod lewą łopatką, szczęśliwie minąwszy worek sercowy. Właściwie jej droga przechodziła przez serce, lecz to, jak często się zdarza, w chwili strzału musiało się skurczyć. Jednakże bardzo silny cios rozłupał kość w miejscu, gdzie ta łączy się z obojczykiem, co mogło nie tylko zadecydować o bezwładności ręki, lecz i sam zabieg wyjęcia kuli niezmiernie utrudniało. Nadto bardzo obfity wylew wewnętrzny nie wróżył nic dobrego.
Operacja trwała dokładnie godzinę i dwadzieścia dwie minuty, a chociaż Łoziński był zamiłowanym chirurgiem, gdy oddał już pacjentkę w ręce pielęgniarek, opadł na krzesło i klął przez dobre pięć minut słownikiem najprawdziwszego „batiara”393. Wreszcie umył się, bo cały był mokry od potu, i zawołał posługacza, by połączył go z numerem takim a takim.
— Czy to mieszkanie doktora Czuchnowskiego? — zapytał.
— Tak. Ale pan jeszcze śpi.
— To budzić go zaraz. Mówi doktor Łoziński.