Ostry, kłujący ból i płuca zalała gorąca fala.

„Aaaaa...”

Ciało przechyliło się i zsunęło na podłogę wolno i bezgłośnie.

Drzwi otworzyły się i do pokoju drobnym kroczkiem wbiegła Józefowa, bosa, w długiej, nakrochmalonej koszuli. Nawet nie krzyknęła, tylko zabrała się do podniesienia pani. Było to jednak ponad siły staruszki. Prędko podsunęła pod bezwładną głowę wielką, białą poduszkę i podreptała do telefonu.

W dziesięć minut przyjechało pogotowie ratunkowe. Lekarz wraz z sanitariuszem ułożyli Alicję na kanapie. Zanim Józefowa zdążyła nałożyć szlafrok, prowizoryczny opatrunek był już skończony i panią znoszono do karetki.

Na pytanie służącej lekarz odpowiedział:

— Jeszcze żyje. Proszę dowiedzieć się w szpitalu Dzieciątka Jezus392.

W szpitalu brama już była otwarta. Gdy nosze z samobójczynią postawiono w środku pokoju ambulatoryjnego, lekarz pogotowia przynaglił zaspanego służącego:

— Zbudź pan prędzej dyżurnego lekarza, bo możliwe, że zaraz trzeba będzie dać ją na stół. Kto dziś dyżuruje?

— Doktor Łoziński — mruknął posługacz i zniknął z kartą meldunkową za drzwiami gabinetu.