Młody człowiek, acz nieco zdziwiony wzruszeniem kapitana, zbyt jednak przejęty był tematem, by na to szczególniejszą zwrócić uwagę. Zresztą i rum z lodem zrobił swoje. Toteż nie mógł się powstrzymać, by nie podzielić się z tym ujmującym kompanem tajemnicami swego serca.

— Poznałem ją w okolicznościach prawdziwie niezwykłych — zaczął swe opowiadanie...

Gdy je kończył, słońce już dawno zaszło za pierzaste palmy półwyspu, a po kapitana po raz trzeci przybiegał zaniepokojony bosman.

Lejtnant odprowadził kapitana Terry’ego na molo i podając mu list, powiedział:

— Nie wiem tylko, czy moja narzeczona jest teraz w Warszawie u mego ojca, czy u swojej kuzynki Alicji w Zakopanem. Na wszelki wypadek zaadresowałem do Warszawy.

— A cóż pański ojciec, prowadzi jeszcze tę zakazaną klinikę, której zawdzięcza pan spotkanie z obecną swą narzeczoną?

— Gdzież tam! Odkąd się ożenił, zajmuje się wyłącznie studiami nad niemotą.

— Tak... tak... no, żegnaj, lejtnancie, i wiedz, że zarówno tobie, jak i pańskiej narzeczonej życzę tyle szczęścia, co sobie samemu! Żegnaj!...

Mocno podali sobie ręce i kapitan Terry wskoczył do łodzi, zanim jednak ta odbiła, krzyknął:

— A swemu ojcu, gdy go pan zobaczysz, lejtnancie, powiedz, że mnie spotkałeś i że ja mu przesyłam pozdrowienia od starego, wiernego przyjaciela Fakira. On już będzie wiedział, co to znaczy. Od Fakira!... Żegnaj!...