Od drzwi jeszcze kiwnął dłonią uśmiechniętej Kazi i wyszedł.
Mróz był tęgi, śnieg chrzęścił pod nogami. W taksówce, do której wsiadł Drucki na rogu Szpitalnej, zawarczał motor i szofer stracił dobre trzy minuty, zanim wóz ruszył.
W hotelu było, jak co dzień o tej porze, jeszcze zupełnie cicho. Drucki wziął letnią kąpiel, wytarł się ostrymi ręcznikami, aż się zaróżowiła skóra, wypił kieliszek koniaku, nastawił budzik na dwunastą i położył się do łóżka.
Zasnął natychmiast. Jego zdrowy organizm działał sprawnie na rozkaz i po pięciu godzinach pokrzepiającego snu z równą łatwością gotów był do życia najbardziej intensywnego.
W ciągu godziny załatwił się z goleniem, myciem i garderobą i zadzwonił do Załkinda:
— Czy jest pan Załkind?
— A kto mówi? — zapytał kobiecy głos.
— Tu Winkler.
Odpowiedzią na to był wielki pisk w słuchawce.
„Cóż u licha” — pomyślał Drucki.