Bogna chciała coś odpowiedzieć, lecz spojrzała na lekceważące wygięcie ust Ewarysta, na jego wygodnie rozpartą sylwetkę, na nogę założoną na nogę i odwróciła głowę.
Po szybie auta ociekały gęste strugi wody, spod kół tryskały mętne bryzgi. W stłumionym świetle latarń mokły domy, ulice, mokło miasto.
Rozdział III
Wysoki, szczupły pan z zapadniętą klatką piersiową i z siwiejącymi włosami stanął w otwartych drzwiach z biletem wizytowym w ręku i powiedział głośno:
— Pan dyrektor Malinowski?... Proszę.
Ewaryst zerwał się z krzesła.
— Jestem do usług.
— Proszę pana — zdawkowo uśmiechnął się dygnitarz i teraz już wyglądał zupełnie takim, jakim Malinowski znał go z podobizn w gazetach.
— Niechże pan pozwoli... — wziął Malinowskiego za łokieć.
— Ależ panie ministrze...