— Wszystko zależy od tego, czy dobrze to napiszę — powtarzał sobie i raz po raz pocierał czoło.

Koło trzeciej miał już rzecz gotową, odetchnął i przeczytał całość półgłosem. Niestety, było to zbyt podobne do pierwotnych notatek.

— Co u diabła! — zaklął — nie wylizę z tego, czy co!?

Nagle olśniła go myśl:

— A gdyby tak zaproponować redukcję budżetu?... Na przykład połączyć rachubę z buchalterią?... A dział samorządowy z kontrolą spółdzielni mieszkaniowych?... Można by wylać ze trzech wyższych urzędników i około dziesięciu drobnych! To musi podobać się ministrowi! Wyborna myśl! Wyborna myśl!

Po chwili zastanowił się:

— A gdyby tak zaproponować skreślenie własnego etatu?... Co?...

To wydało mu się wręcz genialne: oto moja bezstronność, panie ministrze, oto moja dbałość o dobro instytucji! Proponuję skasowanie stanowiska wicedyrektora. Jest to niepotrzebny wydatek. Obowiązki wicedyrektora powinien spełniać sam dyrektor, który nic nie ma do roboty. Pyszne!

Tak się tym ucieszył, że dopiero po ponownym przepisaniu całości spostrzegł się:

— A jeżeli wyleją mnie?... Jeżeli skorzystają tylko z tej mojej rady? O, do licha!