— Niech pan jej nie przeszkadza — odpowiedziała z miną jakby znudzenia.

Wjeżdżali do miasta i panna Symieniecka zapytała:

— Gdzie mam pana odwieźć?

— Jeżeli pani łaskawa... — podał adres biura.

Gdy auto stanęło, wyskoczył, zdjął kapelusz i czekał na podanie ręki, lecz ona tylko skinęła mu głową.

— Niech ją diabli wezmą! Cóż za cholera! — mruczał do siebie — o co jej właściwie chodzi?!

Przez cały następny dzień dokuczała mu ta myśl. Powtarzał sobie całą rozmowę. Przeprowadził ją elegancko i z tym... z esprit salonowego flirtu, ale chociaż pamiętał każde słowo Loli, nie mógł sobie wyrobić żadnego zdania. Na pożegnanie nie podała mu nawet ręki. W wielkim świecie bywa to stosowane — o tym wiedział — ale przecie nie w stosunku do człowieka, którego zaprasza się na intymną wizytę.

— Istna wariatka!

I nawet wcale nie tak ładna. Owszem, oryginalna, dystyngowana, szykowna, ale nie ładna. Przypominał sobie, że dawniej, gdy spotykał ją w domu Bogny, a nie wiedział, że to z tych Symienieckich i że ma milion posagu, wcale na nią nie zwracał uwagi. Nawet i teraz nie podobała mu się wcale, chociaż musiał przyznać, że jest doskonale zbudowana i pod każdym względem nienaganna.

Jednak jej chłód i małomówność, i to jakby sarkastyczne uśmiechanie się, a wreszcie dziwna tajemniczość raczej odpychały go od niej.