Pomimo to w dniu oznaczonym od rana był niespokojny. Oczywiście postanowił pójść, a właściwie ani przez chwilę się nie wahał. Przeciwnie, obawiał się, że nie zastanie jej w domu, lub po prostu zapomniała o swoim przedwczorajszym kaprysie.
Ale nie zapomniała: lokaj z miejsca zameldował, że jaśnie panienka jest w salonie i czeka na pana dyrektora.
— A pani? — od niechcenia chytrze zapytał Malinowski.
— Jaśnie pani dziś rano wyjechała do Nicei.
— Aha — pomyślał Malinowski — więc to naprawdę coś intymnego. Jednak nie zanadto, bo przecież lokaj!...
Tak czy owak zadowolony był z tej wizyty. Zdawało mu się, że panie Symienieckie jakoś boczą się i nie zamierzają zacieśniać z nim stosunków. Byli tu z Bogną kilka razy, ale jego samego zaproszono pierwszy raz.
Lola siedziała w niszy ogromnego salonu, w wielkim fotelu i czytała. Była w skromnej sukience z szarej wełny, zakończonej białym kołnierzykiem, zapiętym pod szyją. Wyglądała prawie jak pensjonarka. Sukienka sięgała ledwie za kolana odsłaniając naprawdę piękne nogi.
— Moje uszanowanie — z największą swobodą ukłonił się Malinowski — zdaje się, że jestem punktualny.
— Dziękuję — wstała leniwie i podała mu rękę — chodźmy.
— Szanowna mamusia podobno wyjechała za granicę? — zapytał.