— Czemu pan tak zabawnie mówi: szanowna mamusia!?
Zatrzymała się w niedużym pokoju, gdzie stał tapczan, filigranowe biureczko i kilka półek z książkami.
— Właściwie — powiedziała jakby z wahaniem — jesteśmy kuzynami...
— Zaczerwienił się i zaśmiał się niepewnie:
— Rzeczywiście...
— Możemy pozwolić sobie na więcej... poufałości. Zachowujemy się zbyt oficjalnie. Na przykład... na przykład moglibyśmy się pocałować.
Malinowskiemu szeroko otworzyły się oczy. Wyraz twarzy panny Symienieckiej nic się nie zmienił, przyglądała mu się z półuśmiechem, uważnie i obojętnie. Tylko w całej postaci, w czymś nieuchwytnym uzewnętrzniało się jakby niezadowolenie, czy zdenerwowanie.
Malinowski przełknął ślinę i wykrztusił:
— Ależ... nie przypuszczałem... z przyjemnością...
Zaśmiała się sztucznie, zbliżyła się doń i powiedziała: