Zresztą naprawdę była świetna w swojej nagości i niepokojąca tym chłodem i tą przytomnością, z jaką przez cały czas obserwowała go swymi dziwnymi oczyma. Musiała jednak być niezwykle zmysłowa, tylko zmysłowość jej miała specyficzny zimny ton.

Gdy już było po wszystkim, a ona leżała nieruchomo z zamkniętymi powiekami, szepnął:

— Kocham cię...

Podniosła rzęsy i spojrzała zdziwiona:

— Co pan robi?

— Kocham cię — powtórzył bez przekonania.

Wówczas wybuchnęła głośnym, przykrym śmiechem.

— Cóż w tym zabawnego? — obraził się.

— Kłamstwo — odpowiedziała — niepotrzebne kłamstwo.

— Ja mówię prawdę.