— Ślubu z nim nie biorę — wzruszył ramionami.

— Wolałabym, żebyś się trzymał odeń z daleka.

— Dobrze, dobrze. Dobranoc, najdroższa.

Pocałował ją w czoło i wyszedł. Denhoff mieszkał w alejach Ujazdowskich. Zajmował małe, ale eleganckie mieszkanko na pierwszym piętrze, które kiedyś było częścią dużego apartamentu. Po śmierci ojca matka przeniosła się do Kanoniczek na Plac Teatralny, a baron zatrzymał dla siebie dwa pokoje z łazienką. Dywany, klubowe fotele, sztychy angielskie, stolik z whisky i syfonami, olbrzymi jak cielę dog holenderski, wylegujący się na tapczanie i stosy gazet.

Gospodarz kończył garderobę. Wysoki, ciężki, o szerokich barach i szerokiej wielkiej twarzy, z której bystro patrzyły małe, ciemne oczy, robił wrażenie raczej ukraińskiego chłopa. Tylko grube usta, wygięte dumnym łukiem pod rzadkim i krótko przystrzyżonym, czarnym wąsem, starannie zaczesane włosy i wymanicurowane ręce świadczyły o jego prawdziwej pozycji towarzyskiej.

Przyjął Malinowskiego z rezerwą, ale grzecznie. Bezceremonialnie otworzył przy nim szufladę biurka i naładował do pugilaresu kupę banknotów.

— Sądząc z tego zapasu — swobodnie zaśmiał się Malinowski — zamierza baron szaleć.

— Gentleman zawsze musi być przygotowany na wszystko. No chodźmy. Aha... przepraszam pana... chwileczka.

Przeszukał kieszenie zdjętego poprzednio ubrania, znalazł jakąś kartkę, którą rozerwał i chciał rzucić do kosza, lecz po namyśle spalił ją nad zapałką.

— Pewno list miłosny jakiejś damy z wyższych sfer — pomyślał Malinowski — to się nazywa ostrożność.