Wówczas śmiała się jak wariatka. Z jakąż przyjemnością wykręciłby jej ręce aż do bólu. Zacisnął jednak pięści i powiedział:

— To trudno. Ja bez uczuć nie mogę...

Zapaliła papierosa i wypuszczając dym wąską, długą smugą, przechyliła głowę:

— Ach, uczuciom... uczuciom dajmy... spokój, dajmy im tymczasem spokój. Niech mają dostateczny czas, by z niepozornych pączków rozwinęły się we wspaniałe egzotyczne kwiaty oszołomień, woniejące aromatem szczęścia i Nirwany.

Powiedziała to nawet dość pięknie, co umiał ocenić, lecz czas mijał, spotkania powtarzały się, a niepozorne pączki nie chciały rozwijać się w egzotyczne kwiaty uczuć. Żeby chociaż Lola zechciała nie otaczać ich wzajemnego stosunku taką bezwzględną tajemnicą, jakby się go wstydziła. Na przyjęciach, gdzie się od czasu do czasu spotykali, w teatrze, czy nawet na ulicy, ledwie raczyła kiwnąć mu głową.

A tymczasem zdarzyła się bardzo pomyślna okazja: Bogna wyjechała do Iwanówki, gdyż jej ojciec ciężko zachorował. Tegoż dnia Malinowski robił po południu wyrzuty Loli:

— Zniszczyłaś moją miłość do Bogny. Zrujnowałaś moje szczęście, ale nie żałuję tego, jeżeli uwierzysz mi, że do szaleństwa cię kocham.

— Nie uwierzę — śmiała się.

— Daję słowo honoru! — uderzył się w piersi.

— Masz ślicznie sklepioną pierś — zauważyła tonem aprobaty.