— Nie mam o tym wyrobionego zdania.

Kłamał i kłamał świadomie. Wprawdzie nie umiałby podnieść przeciw Malinowskiemu żadnych konkretnych zarzutów, ale nie znosił go, uważał za typ bezwartościowy, za charakter niskiego gatunku. Nie wydobyłby jednak tego z siebie za żadną cenę. Zresztą po co?... Nie trzeba się łudzić, że Szubert może mieć jakikolwiek wpływ na postanowienie pani Bogny. Ona zbyt dobrze wie, czego chce, a przynajmniej wierzy w swoją słuszność. I ten poczciwy prezes, który raczej sam znajduje się pod opieką Bogny, wyobraża sobie, że jego rady mogą liczyć na jej posłuch. Byłoby to nieprawdopodobne. Zaśmiałaby się i nie zużyłaby więcej wysiłku, by go przekonać.

Prezes stał przy oknie z rękami wciśniętymi w kieszenie i milczał.

— Zatem — odezwał się tonem konkluzji — uważasz pan, że ten Malinowski jest porządnym człowiekiem i że pani Jezierska dobrze robi.

— Wcale tego nie utrzymywałem — hamując wybuch odpowiedział Borowicz.

— Więc cóż, do stu piorunów! — gwałtownie odwrócił się Szubert — jesteś pan z mięsa i kości, a we łbie masz mózg, czy zrobiono pana z galarety!? Zajmujesz pan odpowiedzialne stanowisko, a nie masz własnego zdania!

Borowicz zbladł:

— To nie należy do moich obowiązków służbowych — wycedził — pan prezes...

— Pan prezes, pan prezes, obowiązki służbowe — przedrzeźniająco wykrzywił się Szubert — daj mi pan spokój i idź pan już stąd. To zadziwiające, ile mięczaków mamy w tej ukochanej ojczyźnie!... Czekaj pan!

— Wybaczy pan prezes, ale nie mogę znosić podobnego tonu i takich wyrażeń.