— To proszę tu do salonu. A jak mam zameldować, gdy pan wróci?
— Proszę powiedzieć — zawahała się Bogna, że... żona pana Ewarysta.
— Słucham panią.
Bogna usiadła i rozejrzała się. Duży, trzyokienny salon przepełniony był meblami, szczelnie obciągniętymi pokrowcami z białego płótna. Obrazy na ścianach, żyrandol i lampy również były pozakrywane. Wzdłuż ściany leżał zwinięty dywan. Wyglądało to na skład mebli.
Nagle do pokoju wpadła niebrzydka, kilkunastoletnia panienka, w krótkiej, niebieskiej sukience. Jej okrągła buzia i duże piwne oczy wyrażały ciekawość i hamowaną wesołość.
— Pani wybaczy, że się przedstawię — odezwała się swobodnie. — Jestem Kazia. Mamusia jeszcze się ubiera, a tatusiek spaceruje. Ach, jaka pani miła! Nawet nie myślałam.
Śmiało wyciągnęła rękę do Bogny i dodała:
— Właściwie to powinnam do pani mówić „stryjenko”, ale pani jest stanowczo za młoda i za ładna na tak ciężki tytuł. Prawda?
Bogna uśmiechnęła się blado:
— Nie myślałam, że pani... że jesteś taka duża. Ewaryst tak opowiadał o tobie, jak o dziecku.