Bogna przygarnęła dziewczynkę i mocno ucałowała. Uprzytomniła sobie, że za kilka miesięcy sama będzie miała dziecko.
— Ale pani to szkoda na żonę dla stryja — zawyrokowała Kazia — on jest taki jakiś... Czy ja wiem...
Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła pełna, przysadzista blondynka, dobrze po czterdziestce. Krepdeszynowy, różowy szlafrok ciasno opinał się na jej obfitych kształtach. Włosy miała świeżo ufryzowane, a wyraz twarzy tragiczny.
— Droga pani! — zaczęła głośnym, patetycznym szeptem — droga pani! Jakie to bolesne, że w takiej chwili i w takich okolicznościach dane mi jest powitać panią w moim domu...
Obiema pulchnymi dłońmi ściskała rękę Bogny.
— Takie nieszczęście, taka hańba — ciągnęła — wprost wstydzimy się ludziom oczy pokazać bo gdyby chociaż Feliks nie afiszował się z nim tu po mieście... Wybaczy pani — dodała tonem ubocznej uwagi — ten nieporządek, ale nie spodziewaliśmy się pani...
— To ja przepraszam za mój najazd.
— A w jakim hotelu zatrzymała się pani? — z naciskiem zapytała pani Feliksowa.
Bogna zrozumiała intencję: chciano zaznaczyć, że na gościnę w tym domu nie może liczyć.
— W żadnym, proszę pani. Zabawię tu zaledwie kilka godzin. O trzeciej odchodzi mój pociąg do Warszawy.