— Dziękuję panu i do widzenia.

— Do widzenia pani. Wszystkich nas ten głupiec unieszczęśliwił. Życzę szczęśliwej podróży. Do widzenia. Rączki całuję.

W przedpokoju mignęła jej okrągła twarzyczka Kazi. Szybko zbiegła ze schodów i pieszo poszła na dworzec. Tu wypiła szklankę mleka, zjadła bułkę i, uprosiwszy kelnera, by ją na czas obudził, usnęła na krześle.

Nie pokrzepił jej jednak ten sen, jak i drzemka w wagonie. Przyjechała do Warszawy śmiertelnie znużona, lecz na spoczynek nie miała czasu. Najpierw wysłała Ewarystowi paczkę z żywnością, później trzeba było szukać pieniędzy. Od swojej dawnej szwaczki pożyczyła jeszcze tysiąc, Miszutka wreszcie wyszukał jej jakiegoś Fajncyna, lichwiarza, który zgodził się dać siedem tysięcy na dziesięć procent miesięcznie pod warunkiem dwóch solidnych żyr. Z zażyrowaniem było już łatwiej. Profesor Szubert dał swój podpis, drugie żyro dał Staszek Karaś.

— Po miesiącu, gdy ciocia wróci — kalkulowała Bogna — spłacę tego lichwiarza.

Wreszcie wszystko było uregulowane. Jaskólski dotrzymał słowa. Osobiście był u ministra i uzyskał jego zgodę na umorzenie sprawy. Pani Karasiowa załatwiła rzecz w prokuraturze, a Bogna sama w ministerstwie sprawiedliwości.

W południe przyjechała do urzędu śledczego, mając gotowe wszystkie potrzebne papiery. W brudnym, ciasnym pokoju czekała na załatwienie ostatnich formalności. Wreszcie przyprowadzili Ewarysta. Wyobrażała sobie, że ujrzy go złamanego, zgnębionego, z nieogoloną twarzą i w zniszczonym ubraniu. Toteż, gdy wszedł wyświeżony z jakimś uśmieszkiem na ustach i z ręką w kieszeni, doznała jakby rozczarowania. Nie mogła sobie sprecyzować dlaczego, ale odczuła przykrość, dotkliwą przykrość.

Ewaryst zbliżył się do niej swobodnie i przywitał się z taką miną, jakby w ogóle nic nie zaszło. Po raz pierwszy zrozumiała, że się go wstydzi. Nie mogła podnieść oczu, czując na sobie spojrzenia policjantów i kilku osób, oczekujących tu, jak ona. Tymczasem Ewaryst musiał pokwitować odbiór zegarka, portmonetki i innych drobnych przedmiotów, przy czym żartobliwie rozmawiał z urzędnikiem. Bogna zaciskała zęby, by nie wybuchnąć płaczem.

— No, chodźmy z tego przybytku — usłyszała nad sobą jego głos.

W milczeniu schodzili po schodach. Na rogu wsiedli do taksówki.