— Co jesteś taka smutna? — zapytał.
— Tak... nie jestem smutna...
— Zmizerniałaś. Pewno bardzo niepokoiłaś się o mnie? Co? — pochylił się ku niej i chciał pocałować.
Lekko, ale stanowczo odsunęła go. Nie zniosłaby teraz jego pieszczoty.
— Przestań — powiedziała — jesteśmy na ulicy.
— Więc cóż z tego?...
Wzruszył ramionami i dodał z goryczą:
— Ładnie mnie witasz.
— Ew... — zaczęła — Ew, czy ty nie rozumiesz...
— Czego?