— Ale to jest typ, który u każdego uczciwego człowieka musi wywoływać wstręt! To jest zawodowy zbrodniarz.

— Nie przeczę...

— Słuchaj, Ew — postanowiła postawić kwestię na ostrzu noża — słuchaj, Ew, ty przecie popełniłeś rzecz straszną, podłą, niecną! Zniweczyłeś swoje dobre imię, swoją karierę, skompromitowałeś własną rodzinę i mnie. Czy... czy ty rozumiesz, że każdy może cię nazwać... złodziejem?...

— Miłe rzeczy mi mówisz — przygryzł wargi.

— Mówię ci prawdę. Okropną prawdę, bo widzę, że jej nie ogarniasz. Jednak ja jestem przeświadczona, że tak nie jest, że sam brzydzisz się swego lekkomyślnego kroku, że był to tylko brak zastanowienia się, jakieś chwilowe zamroczenie, że całe życie poświęcisz, by zarobić znowu na imię uczciwego człowieka, że odczuwasz ciężkie wyrzuty sumienia. Pomyśl, Ew, jaka wielka przepaść dzieli cię od tego oszusta, o którym opowiadałeś! Ta przepaść to twoje sumienie, którego tamten dawno nie ma. To twój wstyd! O, gdybyś wiedział jaką cierniową drogę musiałam odbyć, by uzyskać ten nakaz zwolnienia dla ciebie! Gdybyś wiedział, jakich słów musiałam słuchać milcząco i w pokorze, jakie obelgi znosić!

— Psiakrew! — zaklął i zerwał się z miejsca — powiedz od kogo, a pójdę i psiakrew, zęby powybijam.

— Jakim prawem?! Przecież to oni mieli rację!

— Boże... Boże... — jęknął i usiadł skulony w kącie.

Bognie żywiej zabiło serce. Wpatrywała się weń pełna niepokoju i nadziei.

— Biedne, słabe dziecko — myślała — cóż by się z nim stało, gdybym odeń odeszła, gdybym teraz porzuciła go?... Byłoby to okrucieństwem, byłoby zepchnięciem go ku przepaści.