Mówił to z takim ożywieniem, że graniczyło to niemal z podziwem. Bogna w pierwszej chwili nie mogła się w tym zorientować, lecz stopniowo zaczął ją ogarniać przestrach. Nie poznawała Ewarysta. Był to inny człowiek. A może nie inny, może ten sam, tylko odsłoniła się teraz jego prawdziwa istota?... Nie, nie, to byłoby okropne. Po prostu ma słaby charakter, zbyt łatwo ulega zewnętrznym wpływom. Kilka dni, spędzonych wśród zbrodniarzy odbiło się w jego niebezpiecznie przewrażliwionej psychice. Ale to minie, musi minąć. Trzeba, by uprzytomnił sobie potworność swego stosunku do tamtych rzeczy, trzeba mu pomóc w otrząśnięciu się z brudnych naleciałości. Przecie wierzyła, była przekonana, że z gruntu jest dobrym chłopcem, że główną jego winą jest lekkomyślność i jakaś dziecinna chciwość życia. A reszta — to złe okoliczności, warunki zewnętrzne. Trzeba go wychowywać jak dziecko, trzeba nad nim czuwać...

— Taki Miszczakowski nie zginie — ciągnął Ewaryst — gdybym go wcześniej znał! Fiuu!... Wiesz, że można było tak całą rzecz ułożyć, że i przez trzy lata niczego by mi nie udowodnili? Opowiedziałem mu wszystko. Oczy otwierałem o tak, gdy mi zaczął układać różne kombinacje. Sam miał podobną historię w jednym towarzystwie akcyjnym i nic mu nie zrobili, a rąbnął ich na przeszło sto tysięcy...

— Ew — przerwała mu chłodno — czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że mówisz rzeczy... ohydne?!... Czy ty wiesz, że to cuchnie?... Co się z tobą stało?!... Zachwycasz się brudem i łajdactwem. Pomyśl tylko, zastanów się chwilę.

— A cóż ja takiego powiedziałem? — zrobił niewinną minę.

— Przecie nie mogłeś stracić poczucia uczciwości! Czyż nie pojmujesz, że w twoim podziwie dla tamtego łotra jest coś wstrętnego?

Starała się swemu głosowi nadać brzmienie najwyższej odrazy, ton najkategoryczniejszego potępienia.

Ewaryst zmieszał się, zaczerwienił się z lekka i rzucił od niechcenia:

— No... niczego mu nie udowodniono...

— I cóż z tego?!

— Nic z tego. W każdym razie nie zachwycam się nim, a po prostu zaciekawił mnie, jako... typ.