— Jak sądzisz?
— Sądzę, że nie ma o czym mówić.
— Żyd kupił?
— Nie. Pan Pohorecki.
— Ten wuj Borowicza?
— Tak. Wyświadczył mi łaskę i dajmy temu spokój. Na razie trzeba myśleć o wynajęciu jakiegoś pokoju, lub pokoju z kuchnią gdzieś na przedmieściu. Tutaj płaci się cztery złote dziennie. To jest bardzo dużo. Nie stać nas na to. A poza tym muszę znaleźć jakąś posadę. To co mam, starczy zaledwie na kilka dni.
Wydobyła portmonetkę z torebki i pokazała mu jej zawartość, — kilka srebrnych i kilka niklowych monet.
— Diabelnie mało — pokiwał głową.
— I osiemnaście tysięcy długu — dodała.
— Psiakrew... Cóż... ja mogę... pójdę choćby kamienie tłuc na szosie... Hm... Ale przecie masz takich bogatych krewnych. Oni ci chyba nie dadzą przymierać głodem?... Nawet nie wyobrażam sobie, by taka pani Symieniecka mogła spokojnie patrzeć, jak jej siostrzenica mieszka w podobnej klitce.