— Nie przeczę.

— To jest tak: ty w obawie wybrania złej drogi wolisz krążyć na miejscu, ja zaś walę na ślepo w tę, którą uważam za dobrą, za prowadzącą do celu.

— Każdy z nas zatem błądzi.

— Możliwe, ale ty wiesz to o sobie na pewno, a jamam możność łudzić się, marzyć, mieć nadzieję, czyli po prostu... wierzyć, że nie błądzę. Czyż z tym nie wygodniej?

Marcysia przyniosła śniadanie i niepotrzebnie kręciła się po pokoju, co Stefana irytowało w najwyższym stopniu. Kręciła się oczywiście dlatego, by posłuchać o czym mówią, by obejrzeć rzeczy Henryka...

— Niech Marcysia już idzie — powiedział wreszcie ostro.

— Czemu wyrzuciłeś ją? — zapytał Henryk, gdy służąca wyszła.

— Nie cierpię podsłuchiwania i podpatrywania.

— Ale przecież nie mamy żadnych tajemnic — zauważył Henryk.

Stefan chciał powiedzieć, że byłby prawdziwie szczęśliwy, mieszkając na bezludnej wyspie, gdzie prywatne życie człowieka jest jego wyłączną własnością. Jednak w obawie, by Henryk nie wziął tego w jakimś najmniejszym stopniu do siebie, zaczął mówić o czymś obojętnym. Henryk miał zabawić w Warszawie wszystkiego dwa dni i zamierzał złożyć wizyty krewnym i znajomym. Powynajdywał nawet takich, o których istnieniu Stefan w ogóle zapomniał.