— Myślisz, że mnie swędzi to, że dwoje ludzi przeznaczonych dla siebie...

— Aż przeznaczonych? — ironicznie zaśmiał się Borowicz.

Urusow wstał i machnął ręką:

— Dajmy spokój.

— To będzie najlepiej.

— Czyż można tu u ciebie przespać się?

— Ależ proszę. Służę ci pidżamą. Mogę nawet okna zasłonić.

— Dziękuję ci. Najlepiej sypiam przy świetle.

Borowicz usiadł z książką przy oknie. Miszutka rozbierając się i układając na kanapie opowiadał urywanymi zdaniami o swoich zmartwieniach z zarządem stowarzyszenia emigrantów, o dwóch panach, którzy go stale nachodzą i zanudzają, o wczorajszym przyjęciu u Malinowskich. Wreszcie zasnął.

Stefan był przyzwyczajony do takich wizyt Urusowa. Zaliczał go do tych niewielu bliskich, którzy najmniej krępowali go swoją obecnością i najmniej czuli się skrępowani przy nim. Dziś jednak poczuł do Miszutki wyraźny żal, a raczej niechęć. Jak on mógł pozwolić sobie na podobny nietakt i nagle wyskoczyć ze swymi podejrzeniami?