— Przepraszam — przerwała — sam pan sobie przeczy.

— Jakto?

— No, osioł i gęś — powiedziała poważnie.

— Co?... Gęś?... Jaka gęś... — zatrzymał się przed nią zaskoczony.

Bogna najspokojniej podeszła do biurka, odsunęła szufladę i wydobyła z niej papierową torbę.

— Łyżeczkę cukru, prezesie. Intelekt nie zasilany węglem przestaje logicznie działać.

Zachmurzył się, ale zjadł łyżkę cukru i posmakowawszy z namysłem, oświadczył:

— Z kobietami nie można mówić poważnie. Czy zastanowiła się pani, co ja tu bez pani pocznę?... Nie. Czy rozważyła pani socjalne podstawy małżeństwa?... Nie!... Do licha! Jakże nie wierzyć w dziedziczność, skoro wdowa po Jezierskim musi popełniać wariactwa. To jasne. Zrobił tylko dwie rzeczy godne wspomnienia i obie najgłupsze w świecie: najpierw ożenił się z panią, a później umarł. Żeby go chociaż stać było na tyle pomysłowości, żeby zrobić to w odwrotnym porządku. Zawsze brakowało mu klepki, a kto nie uznaje teorii dziedziczności niech się przyjrzy pani.

— Ależ nie mogę tych pożytecznych przedmiotów dziedziczyć po mężu — śmiała się Bogna.

— Jakich przedmiotów?