— Pewno, że nie warto rąk paskudzić — tymże tonem przyznał Sobek.
— Sam dostaniesz po mordzie! — wrzasnął Zenon.
I zanim obecni zdążyli go przytrzymać, skoczył z ganku. Zakotłowało się w ciemności. Rozległo się kilka głuchych uderzeń, a potem silny trzask. To piękna mandolina pana Sobka rozleciała się w drzazgi w zetknięciu z głową eks-kleryka. Przeciwnicy zwarli się i zwalili na ziemię. Potoczyli się pod płot.
— Puść — odezwał się zduszony głos Zenona.
— A ot, tobie, chuliganie, ot tobie, ot, ot, żebyś pamiętał!
Głosowi Sobka towarzyszyły odgłosy uderzeń.
— Na mnie się narwałeś!... A ot, tobie! A ot! A ot! Będziesz panny zaczepiać?! A?
— Nie będę!
— To masz, żebyś pamiętał!
— Nie będę, przysięgam!