— Przejdziemy do gabinetu.
— Oho! — mruknął do siebie Leszek. — Rzecz musi być poważna.
W gabinecie z reguły odbywały się najmniej przyjemne i najbardziej oficjalne konferencje z rodzicami.
Pan Czyński zasiadł na prezydialnym miejscu przy biurku i, chrząknąwszy dwukrotnie, zaczął:
— Mój Leszku! Doszło do naszej wiadomości, że lekkomyślność swoją posuwasz do granic, które przekraczają nie tylko dobre obyczaje, ale i pojęcie o godności osobistej, jakie staraliśmy się oboje z matką w ciebie wpoić.
— Nie wiem, ojcze, o co chodzi — przybierając ton chłodny i obronny, odpowiedział Leszek.
— Chodzi o obrzydliwe burdy wśród miasteczkowych... kawalerów... o burdy wywołane przez ciebie.
Leszek pomyślał z ulgą:
„Więc nie rachunek! Dzięki Bogu!” — i już z całą swobodą uśmiechnął się.
— Moi kochani rodzice! Widzę, że wprowadzono was w błąd, mówiąc po prostu, zbujano jakimiś niedorzecznymi bajkami. O żadnych burdach nic nie wiem. A tym bardziej nie mogłem ich wywołać.