Znachor pokiwał głową.
— Przykra sprawa, ale twojej winy tu nie ma, panieneczko.
— Cóż z tego, że nie ma! — załamała ręce. — Kiedy wszyscy wytykają mnie palcami jak jakąś zbrodniarkę... wilkiem na mnie patrzą... I nawet panią Szkopkową przeciw mnie buntują. Sama słyszałam, jak jeden tu, stolarz, mówił do pani Szkopkowej: „Na biedę ludziom i na obrazę boską trzyma pani u siebie tę przybłędę”.
Marysia zakryła twarz rękoma i zapłakała.
— Wiem, wiem — szlochała — czym się to skończy... Wygryzą mnie... pozbawią pracy... A przecież chciałabym, chciałam jak najlepiej... Gdyby pan Leszek przyjechał, na kolanach wyprosiłabym u niego darowanie winy Zenonowi... Ale on... on nie przyjeżdża... Znaku życia nie daje. Tego mi jeszcze nieszczęsnej brakowało... tego... O, Boże, dobry Boże!...
Antoni Kosiba siedział, bezwładnie opuściwszy swoje wielkie ręce. Twarz mu przybladła ze wzruszenia. Duszę oddałby za to, by tę kochaną dziewczynę uwolnić od cierpień i zmartwień. Na przemian ogarniał go gniew, chęć natychmiastowego działania i poczucie własnej bezsilności.
Nie było nawet słów, którymi zdołałby ją pocieszać. Wstał tedy, objął ją i głaskał po włosach swoją surową, spracowaną dłonią, powtarzając:
— Cicho, gołąbko, cicho, gołąbko!...
Przytuliła się doń i cała dygotała w łkaniu. I tak wielka ogarnęła go żałość nad nią i nad sobą, nad samotnością obojga i bezradnością, że i jemu łzy zaczęły spływać po twarzy, po siwiejącej brodzie, po palcach przesuwających się najserdeczniejszą pociechą po jasnej główce dziewczyny.
— Cicho, gołąbko moja, cicho, cicho... — mówił ledwie dosłyszalnie.