— Najpierw to surowo na mnie patrzał i mówił: „Przyszedłem przeprosić za zachowanie się mego Zenona. To głupi i zły chłopiec. Należała się mu kara, wałkoniowi, a co od pana Sobka dostał, to jeszcze mało. Rozumiem, powiada, że nie miał prawa pani, to znaczy mnie, obrazić. Nie jego interes, co pani robi. Pani Szkopkowa opiekuje się panią, jej prawo, a nie tego darmozjada. I gdyby pani przyszła poskarżyć się mnie, to dostałby za swoje. Ale, powiada, pani poskarżyła się młodemu dziedzicowi z Ludwikowa i teraz mnie, starego, nieszczęście całkiem niewinnie spotkało, bo mi zamówienia cofnęli, a to więcej jak połowa mojego zarobku”.
Znachor zdziwił się:
— Przecie panienka nie skarżyła się młodemu dziedzicowi?!
— Właśnie. To też powiedziałam to panu Wojdylle, ale on, zdaje się, nie uwierzył.
— No, to jeszcze nie widzę tu nieszczęścia.
— Nieszczęście jest w czym innym. Stary Wojdyłło dziś rano wypędził syna z domu!
— Wypędził?... Jak to wypędził? — zdziwił się znachor.
— On taki surowy jest. Całe miasteczko mówi tylko o tym wypadku. I wszyscy twierdzą, że to przeze mnie... A cóż ja zawiniłam?... Co ja złego zrobiłam?...
Głos Marysi zadrżał, a w oczach pokazały się łzy.
— Sama chciałam biec do pana Wojdyłły błagać, by darował Zenonowi, ale się bałam... Zresztą on nie zwróciłby na moje prośby żadnej uwagi. Proboszcz wstawiał się za Zenonem, mówił, że chłopiec jest zepsuty, ale wyrzucony z domu zejdzie na jeszcze gorszą drogę... Nic nie pomogło. Stary odpowiedział, że niech nawet w więzieniu zgnije, nic go to nie wzruszy, bo to, powiada, nie tylko leń, wałkoń i obibruk, ale jeszcze ojcu i braciom chleb odbiera.