— Oj, chyba nie nagle. Znamy się przecie od dwóch lat.
— Tak, ale czyż mogłam przypuszczać, że się to w taki sposób skończy!
— Kończy się w najlepszy sposób, jaki można wymyślić.
— Wprost nie mogę przekonać siebie, że to nie sen, że to rzeczywistość. I... doprawdy... boję się...
— Czego boisz się, Marysieńko?
— Że... czy ja wiem, że wszystko to rozwieje się, zniknie, że coś nas rozdzieli.
Wziął ją za rękę.
— Oczywiście, najdroższy mój skarbie, należy zachować maksimum ostrożności, należy uniemożliwić jakiekolwiek intrygi i podobne rzeczy. Dlatego musimy zachować ścisłą tajemnicę. Nikt, ale to absolutnie nikt nie powinien dowiedzieć się o naszych zaręczynach. Ułożyłem już sobie pewien plan. Gdy doprowadzę do urzeczywistnienia tego planu, szast-prast, bierzemy ślub. Klamka zapadnie i chociażby na głowie stawali, już nic nie wskórają. Tylko pamiętaj: milczenie!
Marysia zaśmiała się.
— I tak nie powiedziałabym nikomu. Wyśmieliby, nikt by nie uwierzył. A zresztą czy pan sądzi, panie Leszku, że ja mam komu zwierzać się?... Może jednemu stryjciowi Antoniemu...