— Więc całe szczęście, że ich nie macie. Prędzej znaleźlibyście się w kryminale — już spokojniej odpowiedział lekarz, zajęty obmacywaniem szczęki młodego Czyńskiego. — Hm... rzeczywiście złamanie, zdaje się, że nic niebezpiecznego... Bez rentgena jednak nic nie jest pewne... Skaleczenia powierzchowne...
Sprawnie zdezynfekował ranę i nałożył swoje bandaże. Z kolei zbadał rękę i zobaczywszy na niej dwa cięcia, wybuchnął gniewem:
— Jak śmieliście to robić!... Jak śmieliście!... Pewno jakimś brudnym kozikiem!...
— Kość sterczała — tłumaczył się Kosiba — a nóż wymoczyłem we wrzątku...
— Ja was nauczę!... Za to już odpowiecie!...
— To i odpowiem — z rezygnacją mruknął znachor. — A co miałem robić?
— Na mnie czekać!
— Toż posłałem po pana doktora. Na szczęście zastali pana w domu, a co byłoby, żeby nie zastali?... Miałem rannego bez pomocy zostawić?...
— I za to panu jesteśmy wdzięczni — odezwał się pan Czyński.
— Ten człowiek ma rację, doktorze.