Znachor dostrzegł szeroko otwarte oczy Marysi i jej nagle pobladłą twarzyczkę.
— Wcale nie — zaprzeczył. — Nie było żadnego niebezpieczeństwa.
Lekarzowi z oburzenia krew uderzyła do głowy.
— Jak to?! A coście sami wówczas mówili?
— Nic nie mówiłem.
— To jest łgarstwo!
Znachor milczał.
— Mniejsza o to — wmieszał się przodownik. — Tak czy owak, panie Kosiba, jest pan za to odpowiedzialny. Chociaż muszę panu wyjaśnić, że odpowiedzialność jest niewielka, bo tu nie ma poszkodowanego. Nie tylko nie ma kogoś, kto by na pańskim przekroczeniu ucierpiał, ale jest ktoś, komu uratowało to życie. Ważniejsza wszakże będzie druga kwestia: przy pomocy jakich narzędzi dokonałeś pan operacji?
— Czy to nie wszystko jedno?...
— Nie. Bo oto pan doktor Pawlicki oskarża pana o przywłaszczenie jego narzędzi.