Rozejrzał się. Ciemno jeszcze było, na wschodzie ledwie szarzało. Jeżeli Piotrowski swoją furmankę tu zostawił, koń na pewno sam powlókł się do Byczyńca.
— A to wy, panie Piotrowski? — zapytał. — Wpadliście czy jak?...
Jedyną odpowiedzią był cichy jęk.
„A może go te miejskie urządziły?” — zastanowił się gospodarz. Po ludziach z miasta wszystkich najgorszych rzeczy zawsze się spodziewał.
Pomacał nogą pochyłość, po namyśle wrócił do konia, odwiązał postronki zastępujące lejce, sczepił je, mocnym supłem przywiązał do osi i trzymając się sznura zszedł na dół.
— Panie Mateuszu, a odezwijcie się, bo ciemno — zawołał. — Gdzie wy?
— Wody!... — posłyszał głos tuż przy sobie.
Pochylił się i namacał ramię.
— Nie mam wody, skąd woda? Musicie wyleźć na wierzch. A gdzie wasz koń?... Pewnikiem sam do domu poszedł?... No, nie dźwignę was, spróbujcie wstać.
Ubił nogami śmiecie, zaparł się i szarpnął bezwładnym ciężarem.