— Ruszcie się. Dalej go! Sam nie dam rady.
— Nie mogę.
— Ooo! Nie mogę! Natężcie się. Dyć nie będziecie tu zdychać.
Ręce Bańkowskiego natrafiły na gęstą ciecz oblepiającą włosy. Powąchał swoje palce i zapytał:
— Zabili was, co?
— Nie wiem...
Chłop zastanowił się.
— Tak czy siak, nie będziecie tu zdychać. Tfu!... Uważacie, mam postronek, żebyście jeno wstali, to jakoś się podciągniecie.
Leżącemu widocznie wracały siły, gdyż poruszył się raz, drugi, lecz znowu opadł, choć Bańkowski podtrzymywał go jak mógł.
— Nie ma co — orzekł — trzeba iść po pomoc. Pewno już ludzie nadjechali.