Jemu jednak trudno było powiedzieć prawdę. Wreszcie ją wykrztusił:
— Zatajono przede mną, żeś ty... ocalała. O, nie sądzę, że zrobiono to ze złej woli. Z początku twój stan był beznadziejny, a później... Przecie nikt nie wiedział, że ty dla mnie jesteś całym światem. Więc nie zawiadomili mnie.
Kiwnęła głową, a w oczach jej zaświeciły łzy.
— Teraz wiem, teraz rozumiem... I... i smutno ci było... że ja nie żyję?...
— Czy smutno?! — krzyknął. — Marysiu! Oto masz dowody! Masz!... Sięgnął do jednej kieszeni, do drugiej, obszukał wszystkie.
— Musiałem te listy zostawić w Ludwikowie na biurku. Ale przeczytasz je jutro.
— Pisałeś do mnie, Leszku? — zdziwiła się.
— Nie do ciebie, szczęście moje! — zaprzeczał, przygryzając wargi. — To były listy pożegnalne. Do rodziców, do przyjaciół. Przyjechałem wczoraj, dziś rano je napisałem. A wieczorem...
Spojrzał na czarne szyby, do połowy zasypane śniegiem.
— A o tej porze... już bym nie żył.