— Hej, panie, obudź się! Licho nadało! Obudź się! Człowiek sam na siebie przez niego biedy napyta... Obudź się!

Pasażer z wolna otworzył oczy i podniósł się na łokciu.

— Coś pan za jeden?... — gniewnie zapytał chłop.

— Gdzie jestem, co to? — odpowiedział pytaniem pasażer.

— A dyć na moim wozie. To nie widzisz?

— Widzę — mruknął człowiek i z trudem usiadł, podciągając nogi.

— No?

— A skąd ja się tu wziąłem?

Bańkowski odwrócił się i splunął przed siebie. Należało się namyślić.

— A ja wiem? — wzruszył wreszcie ramionami. — Ja spałem, a ty pewno na wóz wlazłeś. Z Warszawy, co?