— Co takiego?
— To i pytam, pan warszawiak?... Bo jeżeli tak, to nie masz czego ze mną jechać do Wólki ani do Byczyńca. Ja do domu jadę. A pan przecież nie do Wólki. O, już mnie za tamtym wiatrakiem skręcać trzeba... Wysiądźcie czy jak?... I tak do rogatki będzie stąd z dziesięć kilometrów...
— Dokąd? — zapytał człowiek, a w jego oczach było zdumienie.
— Dyć mówię, do warszawskiej rogatki. Wy z Warszawy?
Człowiek wytrzeszczył oczy, przetarł czoło i powiedział:
— Nie wiem.
Bańkowskiego aż poderwało. Teraz już poznał, że ma do czynienia z łobuzem. Pomacał się ostrożnie po piersiach, gdzie miał ukryty woreczek z pieniędzmi, i rozejrzał się. W odległości może pół kilometra ciągnęły się furmanki.
— Cóż to udajesz głupiego — warknął — nie wiesz, skąd jesteś?
— Nie wiem — powtórzył człowiek.
— To ci się chyba rozum pomieszał. A tego, kto ci łeb rozbił, pewno też nie wiesz?