— Panie profesorze — zaczął — to jakieś nieporozumienie, Kosiba wprawdzie opiekował się tą panienką, ona żywi dlań wiele serdeczności, ale upewniam pana, że żadnego pokrewieństwa tu być nie może...
Dobraniecki potrząsnął głową.
— A ja pana upewniam, że to ojciec i córka. Antoni Kosiba naprawdę nazywa się... Rafał Wilczur.
Wyrzucił to z siebie i oddychał ciężko.
— Jak to?
Profesor milczał długo.
— Tak — zaczął mówić jakby do siebie. — Poznałem go. Nie mogę się mylić i nie omyliłem się. Ten znachor jest profesorem Wilczurem, który zaginął przed trzynastu laty...
Nagle wstał.
— Gdzie on jest, niech pan zaprowadzi mnie do niego.
Adwokat obawiał się, że Dobraniecki uległ jakiejś przypadłości nerwowej.