Nadjechał wreszcie i Romaniuk. Musiał po zakupy jechać, bo wóz był pusty, tylko z tyłu jego baba siedziała.

Prokop kiwnął mu ręką i zaczął iść obok wozu. Uścisnęli sobie dłonie.

— No, co tam? — zapytał Romaniuk. — Tuczysz się, bracie?

— Żyję z bożą pomocą. Ale zmartwienie mam.

— Słyszałem.

— Nie to. Tylko Kaziuka do wojska biorą.

— Biorą?

— A biorą.

— Tak to?...

— Aha. A wiesz, że zarobek u mnie dobry. Parobek głodu nie zazna i jeszcze odłoży.